|
Fragmenty powieści Krzysztofa Niewrzędy „Second Life”
1.
Żaden też znikąd nie nadchodził ratunek. Lecz nagle, jak po diable, zrodziła się koprolalia, niby ratunków cała talia, zmieniając wszystkie lęki w zdrożności. Spod skrywającej je powściągliwości wulgaryzmy zaczęły wypełzać, począwszy od „kurwa jego mać”. Zaraz następne się pojawiły, rozbłyskując niczym neony: SYF PIERDOLONY, W PIŻDZIE DNO, JEBAĆ TO, CHUJOZA W DUPĘ RUCHANA, ŚMIERDZĄCE GÓWNO, KIŁA ZASRANA. Ich silna poświata utrzymywała się i nie gasła. Mieniły się jak reklamowe hasła. Zachęcone tą trwałością, także inne wyrazy przybrały więc formy lśniących obrazów. Natychmiast feerią kolorowych świateł rozgorzało, bo słowo za słowem w neon się zmieniało. Najpierw pojedynczo, tak, jak ENTER or az POCZĄTEK, za którym zaczął wić się wątek błyszczących z osobna wyrazów, w prologu dziwnego pokazu. Widoczna była CISZA – zielona, jak twarz Ozyrysa. I też samo SŁOWO – promieniujące barwą nową, dotąd całkiem nieznaną, podobną tej, która świeciła w PANU. IM ANFANG WAR DIE TAT łyskało jak szklany blat. LE POISSON SEANS BOISSON EST POISON skrzyło się niby szron. JUS DO IT, PANTA REI i WYJŚCIA NIE MA – drżały jakby je ogarnęła trema. AB ANTE i NO FUTURE na żółto się rozświetliło, a wnet też z wielką siłą – purpurowe – LIBERTAD O MUERTE. Następnie zaś niebiesko-biało-czerwone LIBERTÉ ÉGALITÉ FRATERNITÉ. Powoli zajaśniało bezbarwne POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI oraz ARBEIT MACHT FREI brązowe i PEACE & LOVE tęczowe. Podobnie jak WHITE PRIDE, BÓG HONOR OJCZYZNA wyświetliło się niczym slajd. TO BE OR NOT TO migotało natomiast jak MORE TV. Błyszczały zatem hasła, slogany i maksyma: CIEŃ TOWARZYSTWA NAM ZAWSZE DOTRZYMA oraz LA LOGIQUE PURE EST LA RUINE DE L’ESPRIT. Niby wykoślawiony mit błyszczało: ZAKAZANE OWOCE NALEŻY MYĆ PRZED SPOŻYCIEM. Tudzież wyglądające pospolicie VERBA VERITATIS. I każdy napis sprawiał, że coraz jaśniej wokół było. Od każdego bowiem światło nieprzerwanie biło. Stało się to przyczyną wszechogarniającego blasku, w którym zaiskrzyło jak grom WE ARE SUCH STUFF AS DREAMS ARE MADE ON. Lecz zaraz potem jeszcze mocniej zalśniło EINTRITT VERBOTEN. I natychmiast wszystkie neony się rozerwały. Huk był przy tym niebywały. Odłamki na podobieństwo szarańczy ognistej zajęły całą przestrzeń. Była to hekatomba istna, niszcząca zasadność streszczeń. To, co po niej zostało ze szklistym jazgotem się wszędzie walało. Wizgi, świsty i zgrzytanie roznosiło się na najdalszym nawet planie. A przy tym syki oraz wrzaski zewsząd domagały się łaski. Ostatecznie ucichło wszystko i wszelkie zanikły blaski. Ciemna materia została jedynie jako sceneria. Masywne, zwarte obiekty ją tworzyły, które zajęły przestrzeń za sprawą nieznanej siły.
2.
Gadali, palili i wódkę pili. Uznani, znani i nieznani. Śmiali się z grzdyli, którzy się silili i o sławie marzyli. Niektórzy nawet się gzili. Ktoś szczycił się szczeciną na szczycie swojej piersi. I wszyscy zadowoleni byli. Przychodzili, wychodzili. Samych siebie chwalili. Dwoili się i troili. Pławili się w tym i trwonili. Zawili, mili i niemili. Nim się upili odtańczyli kilka kadryli. Po czym zasnęli i śnili. Wśród czarnych motyli pojawili się otyli i zaraz wychudzonych odkryli, którzy się zaszyli wśród suchych badyli. Najpierw się na nich gapili, ślinili się i z nich kpili. Następnie ich zwabili i osadzili za parkanem z dyli. Choć sami gnili – chudych gnoili. Ćwiczyli ich i wciąż nad nimi się pastwili. Bili ich tak, że kwilili. Dusili ich i rany co rusz ich solili, żeby się z bólu wili. W końcu wszystkich zabili. Golili ich i myli. Liczyli, nosili, palili. A potem się za nich modlili. I nawet z żałości wyli. Gdzie indziej dlatego trafili.
Wystawa: Remigiusz Borda
Miejsce: Galeria ARS, ul. Szyperska 2
Data: 18.06-18.07.2011
więcej o Remigiuszu Bordzie i artystach Fundacji ARS TUTAJ
WSTECZ
|